I to właściwie jedyna nowość w moim monotonnym życiu. Nie żebym się skarżyła.... ale mam czasem takie niekontrolowane napady chandry. Najchętniej zakopałabym się w cieplutkiej pościeli i poczekała jak misia, aż przyjdzie wiosna. Wszystkie kolejne dni są jak bliźniaki jednojajowe. Trudno je od siebie odróżnić. Denerwuje mnie wszystko. Mąż, mama, zwierzaki. Sama siebie nie znoszę.
Każde wyjście z domu to dla mnie święto... a tu jak na złość ferie, więc zajęcia poniedziałkowe... moja jedyna i tym samym ulubiona rozrywka... odwołane. Padający, świeży, lepiący śnieg sprawia, że nawet moim psom nie chce się wyjść na codzienny spacer po polach... a samej latać jakoś mi się nie chce. Jednym słowem totalna porażka.
Do tego nowa lokatorka jest niewypłacalna... jej konkubin... jak twierdzi chwilowo stracił pracę, Piecyk gazowy, niefortunny, zakup mamy, ma awarię i trzeba go zmienić albo naprawić a jak by tego było mało poczułam sie ostatnio jak prawdziwa "blondynka"... widocznie ten kolor włosów obliguje.... i zatęskniłam za moją Cariną.
Gdyby nie chandra pewnie zabrzmiałoby to jak zabawna anegdota... a tak...
Mój nowy samochód nafaszerowany jest elektroniką... co muszę przyznać, wcale mnie nie cieszy... ale nowe samochody tak mają i jak nie chce "dorosłego" osobnika... to muszę się przystosować.
Zaraz na wstępie poruszyłam fotelem w czasie jazdy i trzeba było wykasować migający symbol poduszki i ostrzeżenie na komputerze... niby skąd mogłam wiedzieć, ze nie mogę sobie poprawić fotela. W autoryzowanym serwisie nissana, gdzie oczywiście pojechał Jo kazano zmienić baterie w kluczyku... bo samochód nie chciał odpalić. Widocznie nie były do końca wyładowane, bo mój mąż jakoś wrócił, a potem ja jeździłam jeszcze i było dobrze.
Pech chciał, ze akurat tydzień temu, kiedy wracałam z miasteczka ze swoich zajęć, bateria zdechła całkowicie. Udało mi się otworzyć samochód i koniec. Poniedziałkowy wieczór, wyludnione ulice i ja męcząca się ze swoją nową zabawką. Pomyślałam że rozładował mi się akumulator. Byłam wściekła, na dodatek zapomniałam jak zwykle komórki.
Męczyłam się dobrych 20 minut, co obserwowali dwaj palący papierosy i podpierający murek młodzieńcy. W końcu nie wytrzymali i podeszli zapytać czy nie potrzebuję pomocy. Znaczy jakieś uczucia w młodzieży drzemią pomyślałam. Zaproponowali, że mnie popchną. Mgliście przypomniałam sobie, że kiedyś Jo tłumaczył mi bezowocność takich wysiłków, ale uprzejmi młodzieńcy nie czekając na moja aprobatę wypchnęli samochód z parkingu i udzieliwszy mi rady żebym zwolniła sprzęgło i wrzuciła dwójkę jak dadzą znak, potoczyli mnie i moje Tino wąską uliczka w dół. Niestety nic nie zapaliło. Do dwójki dołączył jeszcze jeden bardziej wiekowy men i ten właśnie zaczął gorąco namawiać mnie, żebym ustąpiła miejsca najmłodszemu z trójki a manewr na pewno się powiedzie.
Wkurzył mnie ten męski szowinizm i zaparłam się. Nic z tego. Pusta ulica. Nie znam uprzejmych młodzieńców i nie zamierzam nikomu ustępować mojego miejsca kierowcy, a zresztą zwolnić sprzęgło i wrzuć dwójkę też umiem. Objechałam ryneczek, popychana, uparcie przez panów. Otworzyli nawet maskę… o dziwo wiedzieli jak. W końcu stwierdzili, że to jakiś poważniejszy defekt i poszli sobie… chcieli jeszcze pomóc w zawiadomieniu kogoś z rodziny… ale niestety nie znałam numeru telefonu męża… a o tym, że mój własny telefon, którego numer doskonale pamiętam leży spokojnie na lodówce zupełnie zapomniałam … blondynka.
Kiedy zamierzałam popłakać sobie odrobinę ze złości i bezsilności, zamknąć przeklętego grata, zostawić go na środku uliczki i wybrać się na blisko 3 kilometrowy spacer nocny do domu jeden z panów powrócił. Wyznał, że bardzo kocha nissany i jakoś trudno mu uwierzyć, że w końcu prawie nowy samochód mógł tak po prostu się zepsuć… i może jednak dam mu spróbować, może się uda. Wylazłam z samochodu i jak tylko całkiem obcy facet przejął mój kluczyk przeklęty samochód jakby nigdy nic zapalił. I to nie raz, ale kilka razy bo miłośnik nissanów, chciał sprawdzić czy na pewno wszystko w porządku.
Wróciłam do domu z mieszanymi uczuciami. Wściekła ze wstydu i upokorzenia, szczęśliwa, że nie musiałam w zimową ciemną noc maszerować taki kawał drogi.
Kiedy opowiedziałam Jo o swojej przygodzie, przypomniał sobie o baterii… miałam zamiar udusić mojego męża… ale on i tak twierdził, że to moja wina… bo gdybym wzięła komórkę, nic by się stało… on zaraz by przybył na ratunek. O moim telefonie na szczęście nie pamiętał. I po co ja zmieniałam kolor włosów. Rudej czy szatynce nigdy się to wcześniej nie zdarzyło:)
Trudno w to uwierzyć... a jednak powitałam ten rok w większym gronie. Nie był to wprawdzie bal jaki mi sie marzył, a świetlica wiejska... stosownie przyozdobiona, grono znajomych gdzie podwyższaliśmy średnią wieku, a muzykę do tańca stanowiły tzw. szlagry…czy szlagiery śląskie i pieśni biesiadne… ale czy to ważne liczyła się atmosfera… a ta była całkiem niezła. Wytańczyłam się za całe 4 ostanie lata…do trzeciej nad ranem. Potem było nieco gorzej:) Ale coś za coś:)
Jak to możliwe? Sama nie za bardzo wiem.
Kiedy już zupełnie zrezygnowałam, i poddałam się jak ostatnio często to robię, losowi czyli tradycyjnie, ja telewizor z książka na pociechę a Jo drzemiący obok, byle doczekać Nowego… zadzwoniła sąsiadka z prawej. Swoją „posiadłość” kupili 5 lat przed nami i jeszcze wciąż mieszkają pół tygodnia w O. a drugą połowę spędzają na wsi, przymierzając się do zamieszkania na stałe, co muszę przyznać nie za bardzo mnie cieszy ze względu na niezbyt przyjazne stosunki naszych psów. Sąsiadka, która oprócz mnie utrzymuje jeszcze tylko kontakty ze Stefką, starszą z moich dwóch zaprzyjaźnionych sąsiadek wiejskich, zaproponowała abyśmy razem wybrali się na Bal Sylwestrowy do świetlicy. Blisko, sąsiedni budynek, sami swoi itp.… tylko ze ona nikogo nie zna… a my już uczestniczyliśmy w wielu miejscowych imprezach, więc może….
A czemu nie pomyślałam i coś we mnie wstąpiło.
Zadzwoniłam do bratowej. Brat jak zwykle spławiłby mnie żarcikami. Wściekła się, kiedy powiedziałam, że rozmowy z bratem prowadzę od miesiąca… i chce mieć pewność. Oczywiście nic nie wiedziała. Poinformowała mnie w dość dosadnych słowach co ją obchodzi opieka nad NASZĄ matką i jaki ona ma do tego stosunek…. a brat, oczywiście przyjedzie jak mi obiecał, bo ona go z domu wy…. .
Do ostatniej chwili nie byłam pewna. O tym że Kamyk jest u nas, nie wspomniałam… bo w końcu to nie on stanowił problem. Brat przyjechał wściekły, bo jak stwierdził nie tylko żona, ale i cała jej rodzina uznała, moją propozycję za niebywałe świństwo itp. do tego byłam ponoć niegrzeczna w stosunku do bratowej i on już nie wie komu ma wierzyć.
Powtórzyłam mu naszą rozmowę, i raz jeszcze przypomiałam to co ON nie przyjmuje do wiadomości, że również jest synem naszej matki i czy mu się to podoba czy nie, będzie musiał mi czasem pomóc.
Cóż nowy rok zaczęłam wprawdzie od konfliktu z bratową, ale przyjemnie, wśród ludzi i może dzięki temu albo na przekór, będzie lepszy niż poprzedni. Zapisałam się też na kurs salsy, jedno z moich niezrealizownych dotychczas marzeń, i raz w tygodniu jeżdżę sobie na zajęcia… wcale mi nie przeszkadza, że jestem najstarszą uczestniczką.
Choroba mamy posuwa się zgodnie z jej własnym planem, nieubłaganie naprzód. Są chwilę kiedy zaczynam się poddawać…. wydaję mi się, że dłużej już nie zniosę… a potem znów podejmuję swoje obowiązki… ktoś to przecież musi robić… dlaczego więc nie ja, jej córka.
Niech Nowy Rok przyniesie Wam radość,
Miłość, pomyślność i spełnienie
Wszystkich marzeń, a gdy się one już
Spełnią niech dorzuci garść nowych,
bo tylko one nadają życiu sens!
W Nowym Roku wielu szczęśliwych chwil... Szczęścia w domu i wszędzie, gdzie będziecie...
Chciałam się ruszyć... słowo daję, ale jak zwykle notka mi uciekła w cyberprzestrzeń... a niech tam sobie lata... ponoć nic nie ginie w tym wymiarze:)))
Jak zwykle zasiedziałam się, no wiecie sałatki, ciato, i nne smakołyki, żeby ten Nowy Rok jakoś kulinarnie docenić, bo ma być lepszy, ciekawszy... wszak zaczyna się era Wodnika...
Opowiem wszystko w nieco wolniejszym czasie... a teraz tylko życzenia... wprawdzie "gotowiec", ale bardzo szczerze przekazany:)))
Ozdobić mogę tylko muzyką... bo wszelkie formy graficzne Interia mi zablokowała... pewnie za karę:)))
Dedykuję utwór tym, którzy spędzają tą noc w domu... może z tym jedynym... ale samemu też słucha się cudownie:)
Długa, pogodna jesień wcale mi nie przeszkadzała... wręcz odwrotnie. Taki klimat bardziej by mi odpowiadał, niż ten ze śniegiem i mrozem przez nieomal pół roku. Wszystko kiedyś musi się skończyć, żeby inne lepsze lub gorsze mogło się narodzić... i tak mamy deszczowy początek zimy z nocnymi przymrozkami. Wiatry szalejące w całym kraju, nie tylko u mnie... porozrywały osłony, które przezornie założyłam na magnolie, rododendrony i inne ciepłolubne. Poprawiać czy nie, sama nie wiem? Coś się pomieszało, poprzestawiało w przyrodzie... niektórzy mówią, że prawdziwa zima przyjdzie w lutym inni śmieją się, że w maju...
Jutro Mikołaj. Zapowiedziano nam, że Kamyk ma za dużo zabawek i jeśli już coś chcemy mu kupić... to niech to będzie zabawka edukacyjna. Powiem szczerze mam mieszane uczucia. Maluszek ma dopiero 3,5 roku. Jest dobrze rozwinięty jak na swój wiek. Ma duży zasób słów i wiadomości, które nieraz nas zaskakują. Olbrzymią wyobraźnię. Uwielbia bawić się w różne zabawy sytuacyjne. Nie wiem czy stymulowanie jego rozwoju to lepszy pomysł niż swobodna zabawa... tak przecież ważna w jego wieku. Z drugiej strony nadmiar zabawek to też nienajlepszy pomysł. Jakoś udało nam się wybrnąć z tej odrobinę patowej sytuacji. Zobaczymy co na to Kamyczek... w końcu zawsze można "oskarżyć" Mikołaja o niespełnienie życzeń:)
Poczułam się dziś bardzo rozczarowana. Troszkę wbrew zdrowemu rozsądkowi wymyśliłam sobie, że Nowy Rok powitamy z Jo nie tak jak przez ostanie 4 lata w domowych pieleszach... bo mama, zwierzaki, Kamyk... ale na prawdziwym balu, tańcząc i bawiąc się jak kiedyś... w końcu nie jesteśmy jeszcze tacy starzy. Tak mi sie wydawało. Jo nawet entuzjastycznie pochwycił mój pomysł... ale...
Brat jak zwykle wykpił moją propozycję zajęcia się mamą przez ten jeden wieczór... uczciwie spytałam go najpierw o plany... nie miał sprecyzowanych. Młodzi nie pytając nas o zdanie założyli, że zostaniemy w domu, podrzucą nam wnuczka i zadatkowali na 3 dniowy wypad w Góry z Sylwestrem włącznie. Kiedy napomknęłam o NASZYCH planach byli zdumieni. Jo długo ociągał się z zakupem biletów... myślę, że żal mu było młodych... w ubiegłym roku byli w Krakowie... my w domu...
Dziś oznajmił mi, że niech oni sobie jadą, powiedział już Pi, że my rezygnujemy. No i zostałam z nową kreacją i dwoma parami wieczorowych butów... poczułam się bardzo stara... chyba po raz pierwszy w życiu....
Ostatni tydzień miałam bardzo aktywny. Wszystko przez moje pomysły związane z końcem sezonu kwiatowego, czyli nadejściem zimy. W tym roku wprawdzie nie jest tak źle. Śnieg nie spadł jeszcze od tego majowego, ale noce bywają już bardzo zimne. Moje kwiaty, które latem cieszą wszystkich bez wyjątku, o tej porze stają się nie lada kłopotem. Muszę przyznać, że nasz dom nie jest taki całkiem maleńki. Salonik, 3 sypialnie, w tym dwie duże, jadalnia, kuchnia, łazienka, wszystko z oknami, no i weranda prawie 20 m², z trzema oknami i zakręconym kaloryferem… a mnie wciąż za mało miejsca. Upycham moje biedne roślinki na parapetach, a zbyt wysoka temperatura powoduje, że marnieją i usychają. Marzę o specjalnym pomieszczeniu, w którym rośliny miałyby optymalne warunki w zimie, i co roku o tej porze dręczę Jo. Wybrałam już miejsce na oranżerię, a nawet dwa takie miejsca. Niestety koszty jej budowy są bardzo duże. Od kilku lat odkładam pieniądze na ten właśnie wydatek, ale zawsze jest coś pilniejszego. W tym roku nieomal zbliżyłam się co celu i to mocno zaniepokoiło mojego męża. Udało mu się tak mnie zmanipulować, że zgodziłam się kupić następny samochód… bo nie lubię „Carismy”, ropa drożeje i benzyna jest bardziej ekonomiczna, należy mi się odrobina luksusu… jak w znanej reklamie:) i jeszcze sto podobnych powodów. Czy żałuję, sama nie wiem. Myślę, że budowa oranżerii po prostu została odroczona… na kolejny bliżej nieokreślony czas:)
Kupno samochodu to jednak nadal skomplikowany proces. Kiedy ma się tyle możliwości, wybór jest bardzo trudny. Obejrzeliśmy wiele różnych modeli, Jo optował za tym, żebym wybrała sobie mały ekonomiczny samochodzik, taki „babski”… na zakupy. Ale ja nie znoszę takich blaszanych pudełek w landrynkowych kolorach. W rezultacie stałam się posiadaczką Nissana Almery Tino, na dodatek w zupełnie niekobiecym czarnym kolorze, ale taki właśnie lubię.
Może zamiast marzyć o pomieszczeniu dla moich roślin, powinnam pomyśleć o sobie, o Jo… zawsze mogę kupić nowe kwiaty, a nowego życia dla nas nie kupię, nawet czasu nie mogę sobie dokupić, żeby dłużej cieszyć tym co mam… zdrowiem, sprawnością… więc może oszczędzanie nie ma sensu.
O jesieni, jesieni
Niech się wszystko odnowi, odmieni....
O jesieni, jesieni, jesieni .....
Niech się nocą do głębi przeźrocza
nowe gwiazdy urodzą czy stoczą,
niech się spełni, co się nie odstanie,
choćby krzywda, choćby ból bez miary,
niesłychane dla serca ofiary,
gniew czy miłość, życie czy skonanie,
niech się tylko coś prędko odmieni. O jesieni!... jesieni! ... jesieni!
Ja chcę burzy, żeby we mnie z siłą
znowu serce gorzało i biło,
żeby życie uniosło mnie całą
i jak trzcinę w objęciu łamało!
Nie trzymajcie, nie wchodźcie mi w drogę
już się tyle rozprysło wędzideł ...
Ja chcę szczęścia i bólu, i skrzydeł
i tak dłużej nie mogę, nie mogę!
Niech się wszystko odnowi, odmieni! ...
O jesieni! ... jesieni! ... jesieni. Iłłakowiczówna Kazimiera
O mnie
kizia3313
58
,
całkiem maleńka wieś
Słówko o mnie
Kobieta...z pewnoscią dojrzała,
lubię kwiaty i zwierzęta, słucham muzyki, czytam, lubię ludzi,
kocham moją rodzinę,
a mój dom...to moje- spełnione marzenie
Dostałam go od exel2345 (www.exel12345.blog.interia.pl/), mojej blogowej przyjaciółki, oraz meganianny(megianna.blog.interia.pl/) wakacyjnej sąsiadki jak mnie nazwała:)
którym serdecznie dziękuję i oddaję go wszystkim których lubię i szanuję i z którymi mam częsty i miły kontakt nie tylko wirtualny:)
Żeby nikogo nie urazić wymieniam w kolejności alfabetycznej, bo każdy z nich jest mi bliski... chociaż z zupełnie różnych powodów:) :
Baw60, Exel12345, Foresta,
Halinkaboska, Janciazmrowiska, Kresowianka,
Meganiana, Orzechowa, Pibocha,
Tadeusz i Helenka, Tamiran, Trójkowiczka, Zawszelkacenę,
oraz tym, którzy mnie tu odwiedzają i czasem mi o tym mówią:)
A to nagroda - niespodzianka od Foresty
http://foresta5.blog.interia.pl/ Za którą bardzo dziekuję i dedykuje tym co wyżej:)
*** Jednostronna znajomość między mną a wami
rozwija się nie najgorzej.
Wiem co listek , co płatek, kłos , szyszka , łodyga,
i co z wami się dzieje w kwietniu, a co w grudniu.
Chociaż moja ciekawość jest bez wzajemności,
nad niektórymi schylam się specjalnie,
a ku niektórym z was zadzieram głowę(...) Milczenie roślin- W. Szymborska
***
o moim domu
którego sciany
z ciepłych niedomyślonych słów napiszę najpiękniejszy wiersz (...) Halina Poświatowska
*** Przemija magia chociaż wielkie moce
jak były są. W sierpniowe noce
nie wiesz czy gwiazda spada, czy rzecz inna
I nie wiesz czy to właśnie rzecz co spaść powinna.
I nie wiesz, czy przystoi bawić się w życzenia,
wróżyć? Z gwiezdnego nieporozumnienia?
Tak jakby wciąż stulecie było niedwudzieste?
Który błysk ci przysięgnie:iskra, iskra jestem,
iskra naprawdę z ogona komety,
nic tylko iskra co łagodnie znika-
to nie ja spadam w jutrzejsze gazety,
to tamta druga obok, ma defekt silnika.
Spadajace z nieba -W. Szymborska
Jest czas rodzenia i czas umierania; czas sadzenia i czas wycinania tego co sadzone; czas rozrzucania kamieni i czas zbierania kamieni; czas... Eccl.III, 2-8
"mówisz że jazz-band jest dziki
że płacze jak wicher w kominie
i że cię przeraża
to minie
nuty życia czyż nie są dzikie
życie jest zamentem i krzykiem
przecież przyszliśmy na świat wśród takiej muzyki" (M. Pawlikowska -Jasnorzewska)